17:10

ŚWIŃSKA DYSKRYMINACJA

ŚWIŃSKA DYSKRYMINACJA

Temat oglądania przez dzieci telewizji to temat bardzo kontrowersyjny. Nauka jasno mówi nam, że dla małych dzieci patrzenie w ekran telewizora jest niezdrowe i może nieść za sobą wiele nieprzyjemnych konsekwencji, między innymi takich jak problemy ze skupieniem się. Przyznaję, że kiedy widzę na Instagramie mamę, chwalącą się tym, że jej kilkumiesięczne dziecko na leżaczku-bujaczku ogląda „z zainteresowaniem!” bajkę, scyzoryk w kieszeni mi się otwiera i muszę szybko wyłączyć aplikację żeby nie napisać kilku nieprzyjemnych słów, jak typowa matka polka, obrończyni uciśnionych. Nie będę się dziś jednak rozwodzić nad sensem puszczania bajek maleństwom.

Seksizm w bajkach?

Przeczytałam dziś króciutki artykuł na o2 (klik do artykułu), z którego dowiedziałam się, że brygada strażaków z Londynu oskarżyła twórców popularnej „Świnki Peppy” o szerzenie seksistowskich stereotypów. Oberwało się również „Strażakowi Samowi”, ale o nim rozpisywać się nie będę, bo bajkę znam wyłącznie z moich lat dzieciństwa i niewiele z tego pamiętam. Chodziło dokładnie o odcinek trzynasty z trzeciej serii o przygodach rodziny świnek. Dla wszystkich niezaznajomionych z tematem, pozwolę sobie pobieżnie streścić: mama świnka wybiera się na spotkanie Straży Pożarnej Wszystkich Mamuś, a tata świnka przygotowuje się do grilla z kolegami ze swojej drużyny piłkarskiej. Wywiązuje się między nimi rozmowa, w której tata świnka drwi z kobiecej straży pożarnej i twierdzi, że to żadna straż tylko spotkanie koleżanek na popołudniową herbatkę. Strażacy z Londyńskiej brygady twierdzą, że pokazywanie dzieciom takich obrazów, prowadzi do tego, że dziewczynki czują się gorsze, myślą, że nie mogą się zajmować pracą w straży pożarnej.

Po przeczytaniu tego artykułu pomyślałam, że faktycznie, takie bajki są problemem. Moja dwulatka, czasami, kiedy ma wykonać jakieś zadanie, które w bajce nie udało się bohaterowi, mówi, że ona tego nie może zrobić, że to się nie uda. Obserwuję wpływ oglądanych przez nią programów telewizyjnych na jej zachowanie i dlatego bardzo rygorystycznie zaczęłam podchodzić do tego co wolno jej oglądać, a czego nie. Co mnie jednak zdziwiło, to fakt, że nie znalazłam ani jednego komentarza pod tym artykułem, który poparł by strażaków. Ani jednego pozytywnego komentarza!

Problematyczny prosiak

Przyznaję się, że za Świnką Peppą nie przepadam. Jeśli chodzi o samą tytułową bohaterkę - irytuje mnie jej samolubne zachowanie, zadufanie w sobie. Nie podoba mi się też, że wszyscy dorośli bohaterowie wciąż ją pochwalają i biją brawa, chociaż często zachowuje się okropnie w stosunku do swoich przyjaciół. Ponadto nieprawdopodobnie działa mi na nerwy ciągłe kompromitowanie, osłabianie autorytetu i naśmiewanie się z taty świnki. Tak, kochani, według mnie to właśnie mężczyźni pokazani są tutaj w złym świetle. Tata świnka zjeżdża na koniku i nie umie zahamować więc wpada do stawu, tata świnka mówi, że jest za późno żeby jechać do dziadka i babci, a mama mówi, że przecież ten jeden raz mogą pojechać, tata świnka jest bez przerwy nazywany grubym - w jednym z odcinków nawet każą mu powiedzieć tajne hasło brzmiące „gruby brzuszek tatusia świnki”, mimo tego, że on wyraźnie nie chce tego robić i jest mu przykro. To tylko kilka, pierwszych z brzegu przykładów tego, że ta bajka to zbiór drwin z nieszczęsnego faceta. Gdyby nie to, że nie chcę nikogo do reszty zanudzić, byłabym w stanie z pamięci wypisać kolejne dziesięć przykładów ośmieszania tego bohatera i beznadziejnych zachowań innych.

Kto tu jest workiem treningowym

Do czego dążę? A no do tego, że po części się zgadzam ze strażakami, którzy stanęli w obronie kobiet pracujących w straży. Z drugiej jednak strony myślę sobie, że rozsławianie każdego przejawu powielania stereotypów jest bez sensu. Stawianie kobiet w pozycji ofiary przy takiej błahostce niczego nam nie da. Jeśli chodzi o Peppę, jako rodzice, nie powinniśmy się chyba skupiać nad tym jakimi zajęciami „po godzinach” pałają się bohaterowie, tylko tym, co ta bajka daje dziecku. Czy je rozwija? Czy przekazuje pozytywne wzorce zachowań, uczy czegoś, co przyda się w życiu? Z mojej perspektywy różowa miłośniczka skakania w kałużach z błotem, uczy wyłącznie tego jak się kłócić, ośmieszać, zawsze stawiać na swoim (nawet jeśli nie ma się racji) i robić z ojców idiotów.

Nie puszczajcie tego dzieciom. Zastanówcie się czy to kilka minut „spokoju od dziecka” faktycznie jest tego warte. Są inne, zdecydowanie bardziej wartościowe programy dla dzieci. Poza tym najfajniejsze to w ogóle są książki! ;)

xo, Ania

16:38

ZWIĄZKOWA (R)EWOLUCJA

ZWIĄZKOWA (R)EWOLUCJA

Z taką delikatną nutką zazdrości zdarza mi się zerkać na zdjęcia znajomych, w wieku podobnym do mojego, którzy ferie, majówki i wakacje spędzają na wyjazdowych szaleństwach. W chwilach wieczornej zadumy przy dobrej herbacie, relaksując się przy dziwacznych ruchach bejbika numer dwa w brzuchu, jednym uchem słuchając jak Pyś gra z kolegami w planszówki, myślę sobie, że nasze życie dziwnie odbiegło od tego, które nasi znajomi traktują jako normę.

Nie ma co ukrywać

Zdecydowaliśmy się na dzieci dosyć wcześnie. Według wielu, wielu osób nawet bardzo i za wcześnie. Pojawienie się Bulbiny, gdy miałam zaledwie dziewiętnaście lat było szokiem dla sporej części moich koleżanek ze szkolnej ławki, (o mamie nawet nie wspominam). ;) Wiem nawet, że jedna z moich niegdyś dosyć blisko zaprzyjaźnionych koleżanek, bardzo ostro potępiła wczesne macierzyństwo i niemal całkowicie zerwała kontakt z inną bliską mi osobą, która również w młodym wieku została mamą, (tego jakby do końca nie rozumiem, ale nie chcę wnikać). Co za tym idzie – nasze układy koleżeńskie mocno się skorygowały. Koniec końców to chyba dobrze.

Biegiem

Patrzę sobie na te facebookowe, rozmazane selfie z nadbałtyckiej imprezy w Mielnie i dobija mnie, że my właściwie nie mieliśmy zbyt wiele czasu sam na sam. Od początku nasz związkowy grafik był mocno napięty i na dobrą sprawę nie zdążyliśmy się z sobą dobrze związać, a już mieliśmy pewność, że chcemy starać się o maleństwo. Oboje byliśmy gotowi na takie odważne zmiany.

Myślę jeszcze przez chwilę o tym ciepłym, morskim piasku, a później odwracam głowę w stronę Pysia i od razu wiem, dlaczego zdecydowaliśmy się na to wszystko. On też zerka w moją stronę i chociaż nie rzucamy się sobie w objęcia codziennie, gdy on wraca z pracy, to widzę, że wciąż kochamy się równie mocno co wtedy.

Zamykam się znów w swoim świecie i widzę te drobne gesty i ustępstwa, na które on się zgadza. Widzę to, że wynosi śmieci, bo wie, że nienawidzę tego robić, mimo tego, że jestem w domu właściwie non stop. Widzę jak po pracy gotuje dla nas obiad, bo pamięta, że nie jestem fanką stania przy garach. A przede wszystkim widzę jak przytula naszą córkę, jak mówi jej, że ją kocha i ona się wtedy uśmiecha i mówi „niunia też”. 


Bez żalu

Po kilkunastu kopnięciach we wnętrzności, o których nawet nie miałam pojęcia, że takie mam, wychodzę z tego myślowego transu i wiem, że niczego nie żałuję. Nie żałuję tych wszystkich wyjść do kina, bo zamieniliśmy je na leniuchowanie we trójkę(czwórkę) na kanapie. Nie żałuję tych szalonych wyjazdów i picia piwa nad jeziorem, bo zamieniliśmy je na wspólne spacery i robienie „hopsa” co trzy kroki. Nie żałuję wieczornego opierdzielania się przed telewizorem, bo zamieniliśmy je na satysfakcjonujący odpoczynek po kilkugodzinnej zabawie w skakanie po materacu i rzucaniu się plastikowymi kulkami.

Może to dla Was dziwne, dwudziestojednolatka, która świadomie odrzuciła te wszystkie dobrodziejstwa młodości. Też myślę, że to dziwne. Ale spełniam się w mojej nowej roli aż do cna i czuję się z tym wspaniale. 

xo, Ania

Zdjęcie małej Bulbiny, uczącej się chodzić, popełniła niezawodna Karuzela Studio.

10:28

MNIEJ INTERNETU TO LEK

MNIEJ INTERNETU TO LEK

Dawno mnie tu nie było. Na tyle dawno, że musiałam się chwilę zastanowić jak ja to robiłam, że byłam w stanie z łatwością zebrać myśli i napisać w ciągu kilkudziesięciu minut post. Przypomniałam sobie jednak, że ubieranie moich myśli w słowa wcale nie przychodziło mi z szaloną łatwością więc chyba wszystko ze mną względnie ok, mimo pięciomiesięcznej przerwy. ;) O co właściwie chodziło z tą przerwą i skąd ona się wzięła?

Psychiczna mamałyga

Doznaliście kiedyś uczucia totalnego zmęczenia? Takiego przybijającego cielsko do powierzchni fotela, takiego, które powoduje, że macie ochotę zakryć się po uszy kocem i pić ciepłą, słodką herbatę, póki wszystko nie będzie w idealnym porządku? Ja właśnie taki rodzaj zmęczenia psychicznego odczułam. Nie do końca potrafię powiedzieć skąd to się wzięło. W depresyjnym, deszczowym miesiącu poczułam maksymalnie napierający na mnie ciężar rzeczywistości. Miniony rok, prywatnie, nie był dla mnie zbyt łaskawy. Nie będę wdawać się w szczegóły, powiem Wam tylko z ręką na sercu, że nie było mi łatwo. A do tego wszystkiego jeszcze te nagłówki na portalach społecznościowych.

Co krok czytamy o matce, która zamordowała noworodka, ojcu zastępczym, który gwałcił jedno z dzieci, a reszta musiała na to patrzyć. Na facebookowych tablicach przewijają nam się zdjęcia porzuconych przez zwyrodnialców, zamordowanych bez żadnych skrupułów zwierząt. Telewizja krzyczy o pobiciu obcokrajowca w Żabce w centrum wielkiego miasta, choć wydawało by się, że żyjemy w cywilizowanej części świata i takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Może to nieco dziwne, bo w obecnych czasach wszystko łatwo wpuszczamy i równie łatwo wypuszczamy z głowy, jednak ta internetowa nienawiść była dla mnie składową, która przelała czarę goryczy.

Przestrzeń zbawienna

Odcięłam się nieco od portali społecznościowych. Nie całkowicie – mam bowiem pewne zobowiązania, z których muszę się wywiązywać, jednak ograniczyłam kontakt z siecią do minimum. Muszę Wam przyznać, że nie było to łatwe zadanie. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile czasu marnujemy na scrollowanie facebookowych tablic, bezmyślne czytanie artykułów na o2 czy inne pierdoły. Robimy to bezwiednie, wyciągamy telefony siedząc z partnerem w knajpie i zamiast rozmawiać, gapimy się bez celu w życia obcych osób.

Z obserwacji, które poczyniłam na samej sobie, doszłam do wniosku, że takie przerwy, robione bezkompromisowo i regularnie mogą mieć zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne. Jasne, nie jestem żadnym specem od psychologii, (chociaż nie ukrywam, że ten kierunek mnie mocno interesuje i chciałabym związać z nim pewną część mojego życia), ale na własnej skórze doświadczyłam skutków odstawienia Internetu i poczułam się jak zupełnie inna, wolna osoba.

Mój czas

Średnio przez dwie godziny, (serio, podobno tyle czasu dziennie spędzamy na grzebaniu w necie), zajmowałam się sobą. Czytałam, oglądałam dokumenty, które naprawdę mnie zaciekawiły, bawiłam się z córką i skupiałam się tylko na niej, zamiast rzucać się na telefon, kiedy tylko usłyszałam dźwięk Messengera czy jakieś „na pewno superważne powiadomienie”. Nagle się okazało, że ugotowanie obiadu, wypicie ciepłej kawy i strzelenie lekkiego makijażu to nie są sporty zarezerwowane wyłącznie dla bezdzietnych. Wystarczyło, że odłożyłam telefon i znowu poczułam się jak ja z dawnych czasów.
Uderzyła mnie z wielką siłą taka rzecz – kiedy Bulbina tak urosła? Jakim cudem to przeoczyłam? Jeszcze niedawno ledwo łapała w dłoń zabawkę, a teraz z chirurgiczną precyzją naśladuje moje ruchy na pilocie telewizora, (bo podpatrzyła skubana!). Niesamowite, jak szybko dzieci się rozwijają i jak łatwo jest to przeoczyć.

Bonus dla głowy

Jest jeszcze jedna, bardzo ważna, przynajmniej dla mnie, rzecz, którą dała mi ta przerwa. Dystans, do tego co czytam. Może to brzmi banalnie, ale jeszcze jakiś czas temu widząc post o tym, że „jakaś pinda krzyknęła na dziecko w parku, bo weszło do kałuży”, myślałam sobie, że jak tak można na dziecko krzyczeć, że przecież dziecku trzeba spokojnie wytłumaczyć. A teraz? Teraz zastanawiam się czy ta kobieta przez ostatnią godzinę już nie tłumaczyła spokojnym głosem. Czy nie miała w pracy okropnie stresującego dnia i po prostu nie wytrzymała napięcia i jest jej z tego powodu tak samo źle jak tym, którzy to słyszeli? Innymi słowy – staram się patrzeć na szeroki kontekst. Uczę się nie wyrokować zanim nie poznam zdania obu stron. A jeśli nie mogę tego zrobić– po prostu nie wydaję osądów.

Mam nadzieję, że kolejne przerwy od Internetu sprawią, że będę potrafiła skupić się na swoich emocjach i podchodzić do wszystkiego z należytym dystansem. Kompletnie nie angażować się w nie swoje problemy. Doradzać tak, by nie odczuwać później żadnych nieprzyjemnych dla siebie skutków, a wyciągać same pozytywne wnioski. Z pewnością jeszcze daleka droga przede mną i wiele pracy muszę w siebie włożyć żeby to działało tak jak powinno. Trzymam kciuki żeby każdy z nas do tego doszedł.

xo, Ania

14:30

KIEDY W KOCIM DOMU POJAWIA SIĘ DZIECKO

KIEDY W KOCIM DOMU POJAWIA SIĘ DZIECKO

Komu urodziło się dziecko, ten wie, że przed nim trudny okres. To czas przyzwyczajania organizmu do wielu nocnych pobudek, do karmienia, do reagowania na każdy płacz maluszka. O ile my, jako rodzice nowo narodzonego, jesteśmy w stanie łatwo pojąć sytuację i się do niej dostosować, tak nasze koty nie pojmują, że ICH miejsce na naszych kolanach zostało zajęte przez innego domownika… Dzisiaj o tym jak my poradziliśmy sobie z aklimatyzacją przy nie jednym a czterech puszystych domownikach. Przyznaję, to było wyzwanie! Cztery koty na powierzchni 65m2 a do tego dziecko to jak upchnąć pizzę rozmiar MEGA w mikrofalówce. Ale, jak to mówią, nie ma rzeczy niemożliwych. Jak więc to zrobiliśmy?


Pierwsza rzecz, którą musisz zrobić to właściwie coś czego masz nie robić. ;) Nie zabraniaj kotu zbliżania się do dziecka. Wydaje mi się, że to jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Ten punkt może Cię lekko przerazić, szczególnie jeśli martwisz się o wszędobylską sierść i ostre pazurki kota. Pewnie już wizualizujesz sobie jak te pazury wbijają się w skórę Twojego dziecka. Nie rób tego! Rozumiem Twoje obawy, są całkiem normalne. Jednak ataki kota na dziecko zdarzają się naprawdę rzadko jeśli wszystko zrobimy jak należy. Podejdź do tego jak do prowadzenia samochodu – zawsze z ograniczonym zaufaniem. Pozwól kotu poznać przybysza, pokaż mu, że to nikt groźny, że nadal kochasz puchatego, jednak obserwuj czy kot nie daje sygnałów, że nie podoba mu się przebywanie w pobliżu dziecka. Głaszcz zwierza trzymając na kolanach pierworodnego. Dla kota oznacza to, że nie ma się czego bać.
U nas w domu normalną sprawą było, że kot spał w nogach wózka, kiedy drzemała w nim Bulbina. Normalne były też wspólne drzemki na kanapie. Nie pozwalaliśmy jedynie na przebywanie w łóżeczku, koty załapały, że mają tam nie wchodzić dopiero po kilku miesiącach, ale i tak uważam to za sukces. ;)

Wieczorne dopieszczanie. Jakkolwiek zabawnie by to nie zabrzmiało, kizianie, mizianie, czochranie i przytulanie kotów wciąż musi zajmować sporo czasu w Twoim planie dnia. Zwierzak musi wiedzieć, że mimo tego, że pojawił się nowy „pupil”, wciąż jesteś nim zainteresowana. Wszelkie zabawy w gonienie nitki, rzucanie piłeczek, polowanie na laser mile widziane. I przede wszystkim głaskanie, głaskanie i jeszcze raz głaskanie. Przypomnij sobie jak było przed pojawieniem się dziecka – przypuszczam, że kot sporo przesiadywał w Twoim pobliżu i domagał się pieszczot. Nadal tego potrzebuje więc musisz znaleźć na to czas. Mimo zmęczenia.

Piętrowanie. To chyba najważniejsza z rzeczy, które zrobiliśmy, gdy Iza nauczyła się przemieszczać. Z początku dzieci nie potrafią robić rzeczy delikatnie – machają rączkami i nogami, uderzając przy okazji we wszystko co przed sobą napotkają. Między innymi o koty, zaciekawione nowym przybyszem. Stworzenie puchatym przestrzeni na wysokości było więc kluczowym zabiegiem, który dał zwierzakom możliwość chowania się przed wszędobylskimi rączkami dzidziusia.W ogóle przestrzeń na wysokości, (drapaki, półki, kartonowe pudełka i drewniane domki), powinna znaleźć się w Twoim domu, jeśli chcesz być właścicielem kota. Nawet postawienie kuwety na wysokości jest dobrym pomysłem, ze względu na to, że dzieci lubią w nich (o zgrozo!!) grzebać. Tak samo jest z miskami z chrupkami i wodą. Spokojnie, dodatkowa para oczu wyrośnie Ci w dniu pojawiania się w domu dziecka. ;)

Teraz pozostaje mi tylko życzyć Ci powodzenia! Przed Tobą cudowny okres macierzyństwa w towarzystwie zwierząt. Zobaczysz, zaowocuje to cudowną relacją dziecka ze zwierzętami w przyszłości!

14:50

NIE WMÓWISZ MI, ŻE KOLCZYKI U MALUSZKÓW SĄ FAJNE!

NIE WMÓWISZ MI, ŻE KOLCZYKI U MALUSZKÓW SĄ FAJNE!

Patrzę na swoją córkę (jak śpi!) i widzę w niej małego aniołka. Natura dała jej tą niesamowitą indywidualność, nie bez powodu każde niemowlę jest na swój sposób piękne. Nie poznałam nigdy żadnego rodzica, który powiedziałby o swoim dziecku, że jest brzydkie, że czegoś mu brakuje. Nie ma w tym niczego dziwnego, każdy rodzic ma dokładnie tak samo. Tym bardziej dziwi mnie ilość rodziców, którzy na siłę chcą upiększyć swojego potomka. O ile faktycznie mówimy tu o upiększaniu, bo według mnie kolczykowanie maluszków przynosi wręcz odwrotny efekt.

Wchodzę na pierwszą lepszą stronę o tematyce dziecięcej i widzę tam masę, MASĘ zdjęć niespełna rocznych dzieci z kolczykami w uszach. Czytam kolejne i kolejne komentarze na ten temat i widzę tak beznadziejnie głupie usprawiedliwienia tego zachowania, że ręce opadają mi do samej ziemi.

Bo jak teraz jej przebiję to nie będzie pamiętała bólu. Najpierw spójrz na to z tej strony - wykonanie dziurki w uchu za pomocą pistoletu jak i za pomocą igły zajmuje nie więcej niż sekundę. Nie jest to niewyobrażalny ból, którego nie da się znieść, poza tym można go właściwie całkowicie zniwelować na przykład za pomocą maści Emla, o której pewnie słyszałaś przy okazji szczepień. Poza tym argument "nie będzie pamiętała" nie bierze pod uwagę tego czy Twoja córka faktycznie kiedykolwiek chciałaby przez to doświadczenie przejść. Skąd pewność, że Twoja córka zafundowałaby sobie kolczyki, wiedząc jakie są konsekwencje?

Bo to ładnie wygląda. To zdecydowanie kwestia gustu. To, że Tobie podoba się dziecko w kolczykach nie znaczy, że Twoje dziecko będzie zadowolone oglądając zdjęcia ze swojego dzieciństwa. Nie wspominam już o tym, że nie każda dorosła osoba w ogóle chce mieć takie ozdoby w swoim ciele! Ja, mimo tego, że mam dziurki w uszach, kolczyki noszę bardzo sporadycznie, właściwie jedynie wychodząc na jakaś imprezę czy do znajomych...

Bo dziewczynki muszą wyglądać jak dziewczynki. To dopiero głupota do kwadratu. W dodatku wstrętnie zalatuje mi dyskryminacją, bo niby z jakiej paki chłopcy nie mają prawa nosić kolczyków? Miałam wielu kolegów w liceum, którzy dumnie nosili kolczyki, a wcale nie wyglądali jak małe, słodkie dziewczynki. ;) Odkładając jednak żarty na bok - serio? To nawet nie jest argument. To zwyczajny bullshit.


Kochana! Kolczyki u małych dzieci nie są bezpieczne. Powinno się przekłuwać uszy dzieciom, które ukończyły minimum 7 rok życia. Jest to oczywiście bardzo indywidualna sprawa ze względu na to, że rozwój każdego dziecka przebiega inaczej i dzieci "dojrzewają" do poczucia obowiązku (przemywania, dbania o uszy) na innym etapie życia. Powie Ci to każdy  piercer, który zna się na tym co robi. Ponad to robienie kolczyków u kosmetyczki, która korzysta z pistoletu to skończona głupota, której nawet ja, jako dorosła osoba, żałuję jak cholera. Pistolet bowiem nie tworzy w uchu gładkiego „tunelu”, w który wkłada się kolczyk tylko miażdży/rozrywa, za pomocą szpikulca, tkankę, tworząc brzydką, dużą dziurę. Nie muszę chyba wspominać, że dziura po pistolecie goi się o wiele dłużej i ma o wiele większą tendencję do paprania się, ze względu na brak możliwości wysterylizowania maszynki? Spryskanie pistoletu sprayem czyli dezynfekcja nie zabija 100% wirusów, bakterii, grzybów i ich form przetrwalnikowych więc nie daje nam pewności, że organizm naszego maluszka nie zostanie zainfekowany. Jedyną poprawną formą zrobienia kolczyka jest wykonanie go u piercera, z użyciem jednorazowej, sterylnej igły!

Martwi mnie, że tak wiele osób faktycznie bierze pod uwagę to, że jej koleżanka, ona sama czy ciocia-klocia miała przekute uszy za pomocą maszynki i nic złego się nie działo. To nie jest żadna reguła. Ponad to, czy ta konkretna osoba ma pewność, że nie zarażona wirusem WZW B, czy po przekłuciu zrobiła badania krwi, by upewnić się, że nie zachorowała? U noworodków i dzieci przebieg zarażenia może być całkowicie bezobjawowy.

Pamiętam siebie jako dziecko, miałam wtedy może 9-10 lat, kiedy mama zabrała mnie do kosmetyczki na przebicie uszu. Ubłagałam ją, było to nasze trzecie podejście, bo każdy poprzedni raz kończył się bólem, ropą w uszach i płaczem przy każdym przemywaniu uszu. To była dla nas obu męka. Pamiętam również, że non stop chciałam tego kawałka stali chirurgicznej dotykać. Nie ważne czy miałam ręce czyste czy właśnie bawiłam się we wspinanie na drzewo. Doprowadzało to do kolejnych i kolejnych infekcji wokoło dziurki i podrażniania skóry. Uszy wyglądały brzydko i nieestetycznie, non stop były zaczerwienione… Zanim przebijesz noworodkowi uszy zastanów się czy naprawdę chcesz takiego losu dla swojego dziecka? Czy naprawdę chcesz zaryzykować i samej przekonać się czy akurat Twoje dziecko będzie miało uczulenie?

Jest jeszcze jedna rzecz, która zawsze przychodzi mi na myśl widząc kolczyki u maluszków. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś opiekunem swojego dziecka? Że musisz podejmować decyzje dotyczące jego zdrowia czy też życia (w nagłych wypadkach oczywiście). Że musisz podejmować decyzje dotyczące nauki i wychowania swojego urwisa, a kolczykowanie nie kwalifikuje się do żadnej z tych kategorii? Kolczykowanie niczego nieświadomych dzieci to nic innego jak Twoja durnowata fanaberia. Może i nie wejdę do Twojego mieszkania i nie powiem Ci, że masz zrobić coś inaczej, ale zanim wyrządzisz dziecku krzywdę – POMYŚL!

13:18

JUŻ NIGDY DO KOŃCA NIE ZAUFAM LEKARZOM

JUŻ NIGDY DO KOŃCA NIE ZAUFAM LEKARZOM

Są dwie rzeczy, związane z macierzyństwem, o których najbardziej marzyłam w trakcie ciąży. Jedną z nich był poród siłami natury, drugą - karmienie piersią. Jak to często bywa z marzeniami, spaliły one na panewce. Stało się to za sprawą kilku niedociągnięć lekarskich oraz mojej niewiedzy i chociaż o porodzie wciąż nie jestem za bardzo w stanie rozmawiać, (nawet z bliskimi - zazwyczaj odpowiadam ogólnikami), tak dziś postanowiłam powiedzieć Ci coś więcej o moim bardzo krótkim karmieniu piersią.

Karmienie naturalne to chyba jedna z najbardziej upragnionych rzeczy dla każdej przyszłej mamy. Będąc w ciąży non stop zastanawiam się czy aby na pewno będę potrafiła przystawić maleństwo do piersi, czy to się nam uda. Nawet na stole operacyjnym, zaraz po tym jak Iza dotknęła mojego policzka pomyślałam, że nakarmienie jej to będzie dla mnie największe wyzwanie w ciągu tych nadchodzących pierwszych dni jej życia. Początki były bardzo trudne, przede wszystkim ze względu na kształt moich sutków, których Bulbina nie za bardzo mogła się nauczyć. Szpital w którym rodziłam nie pomógł mi zbytnio w tych początkach karmienia, ale to nie o tym chciałam Ci napisać.

W domu, wydaje mi się, że szło nam co raz lepiej. Nie byłam może mistrzynią dostawiania do cycka, no ale kto by był po tygodniu karmienia? Pojawił się za to zupełnie inny problem, którego kompletnie się nie spodziewałam – wysypka. Na szczęście to mnie zasypało, a nie Izę, ale była to tak bardzo uciążliwa dolegliwość, że nie mogłam cieszyć się właściwie niczym, a już w szczególności bliskością jaką dawało nam karmienie piersią… Logiczne było dla mnie podążanie za poradami położnej środowiskowej, która jeszcze wtedy mnie odwiedzała.

Z początku usłyszałam, że mam się myć emolientami, że mam nawilżać, nie drapać, nie dotykać. Niestety ani żadne specyfiki ani naturalne sposoby leczenia nie pomogły, a drapanie opanować mogłam wyłącznie za dnia, bo przez sen skrobałam się jak opętana. Po dwóch tygodniach istnego piekła na ziemi, (nawet siedzenie powodowało u mnie kolejne napady swędzenia), postanowiłam iść do dermatologa. Lekarz przepisał mi maść ,zaznaczając przy tym, że jeśli nie pomoże nie będzie w stanie przepisać mi niczego innego - każdy silniejszy lek miał uniemożliwić mi karmienie piersią.


Jak się pewnie domyślasz magiczna maść nie pomogła. Znów poszłam do lekarza i przerzuciłam się na silniejsze leki. I wiesz co zrobiłam? Zaufałam tej kobiecie w różowym kitelku. Odciągałam pokarm laktatorem i z bólem serca wylewałam go do zlewu. Łykałam tabletki i smarowałam się maścią, która zużywała się w zawrotnym tempie. Laktator niestety nie był w stanie opanować mojego zanikania mleka i po pewnym czasie po prostu dałam sobie spokój. Starałam się pogodzić z tym, że moja choroba odebrała mojej córce jedno z najważniejszych dla niej dóbr…

Do tej pory wszystko wydawało się normalne, prawda? Prosta sprawa –brałaś leki, nie mogłaś karmić i tyle. I ja do dzisiaj też to sobie tak tłumaczyłam, serio. Mówiłam sobie, że to niczyja wina, że najwyraźniej tak musiało być. Przecież takie zalecenia dał mi lekarz. Jednak widząc kolejny facebookowy post dotyczący przerwania kp w związku z leczeniem, coś podkusiło mnie do zerknięcia w komentarze. Po raz n-ty zobaczyłam link do e-lactancia. Jest to serwis, w którym po wpisaniu substancji aktywnej leku w wyszukiwarce, dowiadujesz się jakie zagrożenie niesie za sobą branie go przy karmieniu piersią. Tym razem postanowiłam sprawdzić czy nasze kp naprawdę powinno się skończyć. I wiesz co? I okazuje się, że to wszystko była gówno prawda. Okazuje się, że żadna z substancji zawartych w tych cholernych lekach nie zagrażała w najmniejszym stopniu mojej córce.
Nie potrafię Ci nawet powiedzieć jak potwornie źle się z tym czuję. Całe moje wielomiesięczne przekonywanie samej siebie, że to nie moja wina, legło w gruzach. Wiem też, że nie tylko ja zaczęłam podawać mleko modyfikowane ze względu na bzdurne zalecenia lekarza i chociaż zawsze powtarzałam, że warto ufać specjalistom tak powoli odchodzę od tego przekonania.

Kochana mamo karmiąca, nie popełnij tego błędu co ja. Nie daj sobie odebrać cudownej, mlecznej drogi. Nie porzucaj karmienia, gdy przeczytasz w ulotce, że nie poleca się kp podczas zażywania danego leku. Ulotki są tylko „na wszelki wypadek”, większość z nich to zwykłe kopiuj-wklej. W ulotkach chodzi o ochronę tyłka firmy, a nie o Twoje faktyczne bezpieczeństwo.

Przypuszczam, że jeszcze długo będę przechodziła do porządku dziennego z tą informacją. Patrząc na Izę wiem, że mleczna droga dużo by nam dała. Widzę to, ze względu na to, że moja córka bardzo mało się przytula, nie czuje takiej potrzeby. Karmienie dało by nam bliskość, czas tylko dla nas, którego teraz, niestety, trochę brakuje.

17:30

BOŻE! WIDZISZ I NIE GRZMISZ?!

BOŻE! WIDZISZ I NIE GRZMISZ?!

Tematy wiary i kościoła to temat rzeka. Jedni wierzą, inni nie wierzą, jeszcze inni mówią, że wierzą, ale nie wierzą lub odwrotnie. Opcji jest dużo. Siebie przyporządkowałabym jako osobę wierzącą (w jakąś siłę, która nad nami czuwa) a nie praktykującą (bo instytucja kościoła według mnie pozostawia wiele do życzenia). Nie jestem jednak jedną z tych osób, które wyśmieją Cię gdy powiesz, że chodzisz co niedziela na mszę. Jestem za to kimś kogo szokują, co raz częściej nagłaśniane, niedopuszczalne sytuacje, które dzieją się w „świątyniach”.

Odkąd pamiętam wiara nie była u mnie w domu czymś mocno istotnym. Obchodziliśmy święta Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia, ale myślę, że jedyną osobą, dla której miało znaczenie czy to święta Katolickie czy też Latającego Potwora Spaghetti, była moja babcia. Poza tym odczytywałam to jako tradycyjne spotkania rodzinne o specyficznej nazwie, gdzie raz dzieliliśmy się jajkiem a raz opłatkiem i TRZEBA BYŁO składać sobie jakieś super życzenia, które przeważnie rokrocznie brzmiały tak samo. I wiesz co? Jest mi z tym ok, nie czuję się przez to gorsza.

Długo trwałam w przekonaniu, że sensacje z kościołem i złymi księżmi mnie nie dotyczą, że po mnie to spływa jak po kaczce. „Źle im w tym kościele to niech nie chodzą, ich wybór” myślałam. Ale dzisiaj, po obejrzeniu pewnego strasznego filmiku po prostu się we mnie zagotowało.


Pytam się kiedy to się skończy?! Kiedy te sukinsyny przestaną zakładać sutanny i udawać, że pracują dla kościoła w ramach „miłosierdzia i dobroci serca”?! Dlaczego tak chorzy umysłowo ludzie mają chrzcić nasze dzieci, w ogóle mieć z nimi jakikolwiek kontakt?! Czy naprawdę nikt wcześniej nie zauważył, że ten ksiądz od siedmiu boleści ma coś z głową (bo w jego zdrowie psychiczne po prostu NIE WIERZĘ).

W obecnych latach wyniki frekwencji w kościołach niemiłosiernie spadają. Po raz pierwszy od niemal trzydziestu lat ta liczba spadła poniżej dziesięciu milionów osób. To szokująco nisko jak na tak wręcz ogromną liczbę parafii! No ale cóż, nie ma się co dziwić, skoro średnio kilka razy w miesiącu słyszymy o kolejnych skandalach z duchownymi w roli głównej. Najpierw była śmietana w towarzystwie ministrantów, później jakiś urojony zapis w zeszytach dzieci komunijnych o „dowolnej wpłacie” w ramach białego tygodnia a teraz - TO! (Wiem, że pominęłam pewnie dziesiątki przykładów, ale tymi chyba najbardziej żył nasz kraj).


Próbuję w tym momencie postawić się na miejscu tych rodziców. Co ja bym zrobiła, jak ja bym zareagowała? Myślę, że na pewno nie postawiłabym sakramentu ponad uczucia córki. Nie pozwoliłabym by tak okropnie płakała żeby ksiądz mógł klepać swoją regułkę „ja Ciebie chrzczę..”. Moja córka na sto procent dostałaby mleko, by czuła się bezpiecznie.
Myślę co jeszcze mogłabym zrobić? Nie pozwoliłabym zaciskać łap na buzi mojej córki. Po prostu nie i koniec. Moje dziecko jest moim dzieckiem. Nikt poza najbliższą rodziną nie ma prawa, wbrew jej woli, trzymać jej w sposób, który jej się nie podoba. Mam przed sobą osobną jednostkę, chwilowo zależną od moich decyzji, ale wciąż jednostkę. Osobę posiadającą swoje uczucia, zachcianki, potrzeby. Gdyby płakała, bo ktoś ją dotyka, po prostu bym ten proceder przerwała, co do tego nie mam wątpliwości.
Co jeszcze? Gdyby już doszło do tego, że ksiądz (czy ktokolwiek inny, trzeba po podkreślić) spoliczkował by moje maleńkie szczęście na pewno nie stałabym tam dalej i nie czekała aż łaskawie ją puści tylko wyrwałabym mu dziecko i sama dała mu w twarz. Nie przemawia do mnie argument „głupszemu ustąp” czy „szanuj starszych”. W dupie z tymi hasłami. Mimo logiki, chęci ucieczki przed taką sytuacją po prostu wiem, że nie wytrzymałabym stania i patrzenia na tego sukinsyna. Nadal nie dociera do mnie dlaczego ktokolwiek poczuł, że ma prawo do uderzenia dziecka?!

Moją głowę zaprząta myśl – dlaczego ta kobieta od razu nie wyrwała syna z rąk tego człowieka? Dlaczego nie obudził się w niej ten matczyny instynkt? Dlaczego dopiero ojciec zdecydowanym ruchem wyrwał synka z łapsk tego klechy? Odpowiedzi na te pytania najpewniej nigdy nie poznamy. A szkoda.

Pytam więc znowu – kiedy to się skończy?!
Copyright © 2016 Kocia Ania , Blogger